— Pan Józef nigdy nikomu żadnego prawa nie odmawia — wtrąciła niewinnie panna Nuna.
— Jest to świadectwem dojrzałości umysłu — apodyktycznie orzekła jej matka.
— Szanowna pani jest zbyt łaskawa — skłonił się jej Józef — istotnie trudno jest odmówić prawa istnienia czemuś, co już istnieje. Prąd ten jest jeszcze bardzo młody i niepodobna przewidzieć, którędy pójdą jego drogi rozwoju. Dlatego wolałbym w tym wypadku powstrzymać się od wypowiadania sądów krańcowych.
— Oto jest również młodość, mój synu — wystawił wskazujący palec starszy pan Huszcza — ale młodość trzeźwa i rozważna.
Wszyscy obecni musieli w duchu przyznać mu rację, a pan Huszcza, czując w powietrzu aprobatę, ciągnął:
— Klęską naszego narodu jest zamiłowanie do krańcowości. Za moich czasów było jednak lepiej. Żadnych socjalistów, anarchistów, modernistów, ludzie żyli jak Bóg przykazał. Były, oczywiście, poszczególne wybryki, ale to na palcach można było policzyć. Nieprawdaż, szanowna pani?
Mecenasowa poczerwieniała i nerwowo składając serwetkę, powiedziała z wymuszonym uśmiechem:
— Słyszałam od starszych, owszem, słyszałam. Ale już za czasów moich, niestety, było znacznie gorzej.
I dała hasło do powstania, unosząc swoją imponującą figurę nad stołem.
W salonie panna Klima zasiadła do fortepianu, w gabinecie ustawiono stolik karciany. Pani domu, pan Huszcza senior, Józef i panna Rosiczka stanowili stałą partię brydża.