Józef nie lubił brydża, jak w ogóle nie lubił kart. Jednakże nauczył się tej gry, gdyż należało to do dobrego tonu, a wszyscy ludzie z towarzystwa grali.
Rosiczka robiła fatalne błędy w licytacji, w rozgrywce impasowała na drugą damę, wreszcie przebiła atutem własną fortę, dzięki czemu mecenasowa z panem Huszczą nadrobili dwie z rekontrą. Na dobitkę twierdziła, że każdemu wolno się omylić.
Idąc do domu, Józef poddał gruntownej analizie swoje uczucia do panny Rosiczki i kładąc się spać, miał już wyrobiony pogląd: — zobaczymy, co i jak, ale za granicę z nimi nie pojadę.
Nazajutrz zatelefonował Piotrowicz i umówili się na trzecią w kawiarni, przy czym Piotrowicz zastrzegł sobie ewentualne pięciominutowe spóźnienie. Przyszedł jednak punktualnie. Z jego mowy Józef nie mógł nic wywnioskować: zawsze wyglądał poważnie, zimno i w ostrym pogotowiu, o którym świadczyły żywe, przenikliwe oczy.
Przywitał się i zaraz przystąpił do rzeczy:
— Mówiłem już wam, że „Tygodnika Niezależnego” nie można uważać za przedsiębiorstwo handlowe. Jestem przeświadczony, że będzie dawał zyski, lecz zyski te zostaną obrócone na jego rozszerzenie i wzbogacenie jego treści. Czy w zasadzie zgadzacie się na to?
— Zgadzam się.
— Teraz drugie. Berski, z którym wolałbym zerwać umowę ze względów, o których wspominałem, daje tysiąc dolarów. Jest to kwota na razie zupełnie wystarczająca. Jednakże nie jest wykluczone, że po trzech miesiącach trzeba będzie włożyć jeszcze pięćset. Kapitał zakładowy wydawnictwa ustalamy przeto na dwa tysiące. Z tego wnoszący gotówkę otrzymuje 75 procent udziałów, a ja, wkładając pracę, pomysł i kierownictwo, 25 procent. Czy uważacie taki podział za uczciwy?
— Naturalnie, kolego.
— Zatem dobrze. Powiedzcie mi tedy, czy w zasadzie, o ile wam myśl przewodnia będzie odpowiadała, będziecie mogli złożyć taką kwotę?