— Ach, nie, to siły biurowe, ja mówiłem o członkach i przygodnych współpracownikach redakcji.

— A dużo ich będzie?

— Ja, sekretarz redakcji dr Zur, poza tym obiecali swoją dorywczą współpracę Zaleski, wiecie: Kamil Zenon?... Bończa-Rżewski, profesor Chudek, Jaś Pękalski, no i inni... Gdy tylko pismo zacznie wychodzić, będzie ich więcej.

Józef wytarł nos i powiedział:

— Może i ja... a raczej, może moje pióro na coś się przyda... Już wam mówiłem, że drukowałem to i owo...

— Ależ owszem, z przyjemnością, jeżeli tylko się okaże, że macie źdźbło talentu, pisujcie ile wlezie. Tylko o ile przypominam sobie ze szkoły, toście w piórze niezbyt byli mocni. Ale nie trzeba się tym zrażać, trzeba wierzyć w siebie.

— Hm... widzicie, kolego Jacku, właściwie to zaczątek mego zainteresowania się pracą literacką datuje się od chwili, gdy uwierzyłem, że mogę mieć zdolności wrodzone...

— Jak to wrodzone?

— No, dziedziczne.

Piotrowicz zamyślił się.