— Niemożliwe!
— Co znaczy niemożliwe! To wszyscy wiedzą. Ten jubiler Iwanowski obił go na ulicy po gębie nie dalej jak pół roku temu za szwindel z wekslem, a Brzęczkowski oblizał się i nawet nie pisnął. To przecież znana szuja. Może pan ciekaw wiedzieć, jak on doszedł do tej fabryki naczyń emaliowanych? Oszukał, panie, w najbezczelniejszy sposób wspólnika i sieroty po rodzonej siostrze. A pan go jeszcze broni?
— Nie wiedziałem — cofał się Józef — ale pojąć mi trudno, w jaki sposób pan ten jest w takim razie radnym miejskim, przecież...
Rozległ się dzwonek i po sekundzie wpadł do salonu Piotrowicz, a za nim drobnym kroczkiem Kamil Zenon Zaleski, tęgi barczysty jegomość o tłustej, błyszczącej twarzy i nadspodziewanie krótkich nogach, którymi przebierał tak nieznacznie, że patrzącemu z daleka wydawał się umieszczonym na kółkach.
Dr Żur zaraz podjął sprawę Brzęczkowskiego, nie bez cienia ironii powtarzając zastrzeżenia Domaszki.
Piotrowicz z miejsca oburzył się:
— Żartujecie, kolego?!
— Telefonowano do mnie z pretensjami, więc...
— Mam pretensje w pięcie!
— Zwróciłem na to uwagę — bronił się Józef — gdyż grożono nam procesem.