— Wkrótce się z tym otrzaskacie — zapewnił go Piotrowicz — a jeżeli ten łotr ośmieli się wytoczyć nam proces, no to winszuję mu. Zresztą mniejsza o to. Pękalski nie przyszedł?
— Dotychczas nie.
— Doktorze, zadzwoń pan do niego. Cóż u diabła sobie myśli!
W chwili, gdy Żur wyszedł do gabinetu telefonować, zjawił się wreszcie Pękalski, kościsty brunet o szerokich ustach i małych, żbikowatych oczach.
Przystąpiono do dyskusji na temat świeżo wydanego numeru. Po dłuższej wymianie zdań głos zabrał Kamil Zenon Zaleski i wystąpił z żądaniem rozszerzenia działu kultury i sztuki.
— Jest to dziedzina najbardziej zachwaszczona i pełna hołoty. Tu trzeba wziąć się do systematycznej „czystki”. Czas skończyć z wszechwładztwem miernot literackich, z pacykarstwem i z rzępołami.
— No więc pisz, któż ci nie daje — wzruszył ramionami Piotrowicz.
Okazało się jednak, że Kamil Zenon przystąpił do pracy nad jakimś bliżej nieokreślonym dziełem i dlatego w „Tygodniku Niezależnym” musi hamować swój rozpęd twórczy. Natomiast proponuje zaangażowanie jeszcze kilku tęgich piór.
— Tego nie ma w budżecie — kategorycznie zaoponował Piotrowicz — zresztą mamy przecież kolegę Domaszkę, którego rozsadza namiętność pracy.
Józef zaczerwienił się: