Do pewnego stopnia czuł się winowajcą wobec tych dwóch krewnych. Życie go odsunęło od nich, ale przecież powinien był zadać sobie przymus i odwiedzać je jak dawniej.
Spojrzał na zegarek. Jeszcze nie było siódmej. Miał godzinę czasu. Pogawędzi z Natką możliwie najserdeczniej, najcieplej.
Bardzo się postarzała. Wyglądała nieśmiało i prowincjonalnie. Przywitał ją z udawaną wesołością, na swobodę jednak zdobyć się nie mógł. Pytał o zdrowie matki, tłumaczył się nawałem zajęć i obowiązków, napomknął o gotowości służenia pomocą w razie potrzeby.
— Nie myśl, Józiu — potrząsnęła głową Natka — że przyszłam cię prosić o pieniądze.
— Ależ nie trzeba w ogóle prosić — pogładził ją po ręku — dość po prostu powiedzieć, przecież między nami, tak bliskimi sobie...
— Nie, nie... Przyszłam... przyszłam, bo... mi bardzo źle... na świecie...
— Dlaczego ci źle? — zapytał z obawą.
— Samotna jestem... Józiu, żebyś ty wiedział, jaka ja jestem samotna...
Ze starej, niemodnej torebki wydobyła drżącymi rękoma chusteczkę i szybko ocierała oczy.
Cóż jej mógł na to powiedzieć?