Natka nad tym się nie zastanawiała. Sugestia wspomnień była tak silna: kozetka pokryta czerwonym pluszem i on tuż przy niej. Na lata, których tyle minęło, trzeba przymknąć oczy, nie było ich...

Jej ręce teraz go nie wypuszczą. Za długo czekała, za bardzo pragnęła.

— Józiek, mój słodki Józiek.

— Przestań, Natka... — próbował ją odsunąć, ale było to niemożliwe.

Tym bardziej, że i jemu udzieliła się sugestia, wzmocniona tym, że w ostatnich czasach żył zbyt cnotliwie jak na trzydziestokilkuletniego mężczyznę.

Gdy Natka wyszła, musiał przebrać się i to w rekordowym tempie. Gors był nie tylko poplamiony łzami, lecz i wygnieciony zupełnie. Smoking powalany pudrem, a spodnie zmięte. Nie było rady i wziął ubranie wizytowe.

„Ostatecznie — reflektował swój zły humor — i tak będzie przyzwoicie, a dla rodziny przecież można się czasem poświęcić”.

Lusia zupełnie gotowa czekała nań, stojąc w przedpokoju i rozmawiając z panią Szczerkowską.

Zaczął tłumaczyć się i prosić o wybaczenie, że musiała nań czekać, lecz obie panie zbyły wszystko miłymi żartami.

— Teraz jednak spieszmy się — wołała wesoło Lusia, zbiegając ze schodów.