„Jaka ona jest zgrabna” — pomyślał Józef z zachwytem.
Gdy znalazł się obok niej w samochodzie, wyciągnęła doń rękę:
— Niech pan zapnie, zawsze z tym guzikiem mam kłopot.
Zapiął i zanim zdążył stwierdzić, że postępuje nietaktownie, pocałował małe różowe serduszko dłoni, jedyne nieosłonięte rękawiczką miejsce na tej ręce, która niewątpliwie była najpiękniejszą z rąk, jakie kiedykolwiek istniały na świecie. A że właśnie ręka ta została widocznie zapomniana przez jej właścicielkę, popełnił drugi nietakt i znowu pocałował. Natura ludzka ma tę słabą stronę, że raz uległszy pokusie, już zatrzymać się nie umie. Józef zaś nie myślał o zwalczaniu swej natury, bo, prawdę powiedziawszy, i czasu na to nie miał, zajęty odpinaniem i ściąganiem rękawiczki.
Panna Lusia zbyt była zaabsorbowana oglądaniem malowniczego pejzażu mijanych ulic, by miała zwrócić na to uwagę. Pejzaż placu Teatralnego był tak interesujący, że nawet nie zauważyła, iż taksówka się zatrzymała.
— Przyjechaliśmy, proszę państwa — odwrócił się szofer, a wyraz jego twarzy świadczył o braku wyrozumiałości dla bliźnich.
— Ach, to już! — zerwała się Lusia i skonstatowała w myśli, że Warszawa jest bardzo małym miastem.
Grano Pana Jowialskiego. Znali to oboje dobrze, dlatego też fakt spóźnienia nie zmartwił ich wcale.
W teatrze było dość pusto. Z lóż tylko jedna była zajęta. Gdy podczas antraktu zapalono światła, okazało się, że zajęta jest przez mecenasową Neumanową, Nunę, jej dryblasa sportowego i Rosiczkę.
„A to mam pecha” — pomyślał Józef.