— Co panu? — zapytała panna Lusia, widząc, że się nagle zaczerwienił.
— Nie, nic, proszę pani.
Nie oglądał się więcej, lecz czuł, że jest przeszywany wzrokiem.
„A cóż to — zbuntował się w duchu — nie wolno mi, czy co?! Właśnie im na złość!”
Wstał i ukłonił się ostentacyjnie.
Mecenasowa ledwie kiwnęła głową. Nuna zrobiła to ze złośliwym uśmiechem, Rosiczka ani drgnęła, a ten idiota dryblas zamachał prostacko łapą.
„Tak? — zawziął się Józef — to ja wam jeszcze lepiej zrobię”.
Przeprosił Lusię i pobiegł do bufetu.
Powrócił z olbrzymim pudłem czekoladek i z szarmanckim ukłonem podał Lusi.
— Po co pan takie wydatki robi — spojrzała nań tak ślicznie, że warte to było największej rozrzutności.