W następnym antrakcie wyszli do palarni. Józef z dumą łowił zachwycone spojrzenia mężczyzn, atakujące jego towarzyszkę.
Już nie trapiła go myśl, co to będzie za plotkowanie i fumy u mecenasostwa.
Wracali w doskonałych humorach. Lusia była po prostu rozdokazywana i powiedziała mu na pożegnanie:
— Bardzo pana lubię! Zadowolony pan?
— Nie — poważnie potrząsnął głową — ja nie jestem zadowolony. Jestem szczęśliwy.
— Naprawdę? — pochyliła się ku niemu.
— Naprawdę.
— Więc jeszcze bardziej pana lubię niż bardzo. Do widzenia.
Stróż zamknął bramę. Stróże w ogóle zbyt szybko zamykają bramy.
Józef był rozmarzony. Z radością myślał, że jutro będzie mógł znowu wpaść do redakcji i znowu ją zobaczyć, a wieczorem przyjść na kolację do jej domu.