— A pan nie? — zapytała ze zgrozą.

— Ja bardzo — uspokoił ją.

Przy stole mówiono o polityce, o zaciętości walk sejmowych, wreszcie o „Tygodniku Niezależnym”. Pani Szczerkowska była zdania, że pismo redagowane jest interesująco, chociaż można by mieć niejakie zastrzeżenia.

— O, tych ja sam mam wiele — potwierdził Józef — w ogóle „Tygodnik” nie należy do najlżejszych brzemion z tych, jakimi los mnie obarczył.

— Ma pan mocne barki — pocieszyła go pani Szczerkowska.

— Nie może sobie wujenka wyobrazić — zawołała Lusia — jak pan Józef był dziś zdenerwowany!

— Trudno dziwić się temu — westchnął Józef — gdy człowieka bez żadnej winy z jego strony nagle zmieszają z błotem...

— Dość! Dość! — przerwała Lusia. — Nie mówmy już o tym. Najlepszy sposób na zmartwienia to zapomnieć o nich. Wie wujenka, spotkaliśmy panią Krotyszową. Nigdy nie uwierzę, że ona może już być po trzydziestce. Wygląda bardzo młodo. Prawda, panie Józefie?

— No, że jest po trzydziestce, to na pewno.

— Nie myli się pan — uśmiechnęła się pani Szczerkowska. — Barbara miała trzydzieści dwa przed siedmiu laty, gdy wychodziła za Krotysza. Mówię o tym, bo wiem, że ona sama lat swoich nie ukrywa.