Lusia zrobiła się nagle czerwona.

— A widzisz — uśmiechnęła się pani Szczerkowska.

— Panna Lusia musi bardzo źle o mnie myśleć — zażartował Domaszko.

— Bynajmniej — odpowiedziała zdetonowana.

— Masek mamy ze sobą zawsze całe stosy — ciągnęła pani Szczerkowska — nie tylko dla każdego z naszych bliźnich, lecz i na każdą chwilę naszego życia. Zmieniamy też je nieustannie.

— To straszne — westchnęła panna Lusia.

— To konieczne — poprawiła ją wujenka.

— Ale przecież smutne. Pomyśleć, że ani przez chwilę człowiek nie jest sobą!

— Ja sądzę — odezwał się Józef — że przeciwnie, że to wzbogaca, zwielokrotnia naszą osobowość, daje jej wiele punktów obserwacyjnych. Gdybyśmy nie posiadali tej właściwości, bylibyśmy posągami z oczyma utkwionymi w niezmiennym miejscu.

— Jeżeli tak pan ujmuje tę kwestię — dodała pani Szczerkowska — nie wątpię, że musiał pan sobie od dawna wyrobić cenny dar tolerancji, co — przyznaję — zastanawia mnie w... wydawcy „Tygodnika Niezależnego”.