— Nawał pracy, proszę pani.
— Zapomniał pan o naszym istnieniu. Mówił mi mąż, że rozmawialiście panowie o Brzęczkowskim, obawiam się, czy nie był pan tym urażony?
— Ależ, bynajmniej, proszę pani.
— Bo, widzi pan, mnie z tym Brzęczkowskim nic nie łączy. Znamy się wprawdzie, ale oni nie bywają u nas, ani my u nich. Podobno to bardzo zacny człowiek, ale czy to można w dzisiejszych czasach za kogokolwiek ręczyć pod każdym względem?...
— Rzeczywiście. Jeżeli chodzi o pana Brzęczkowskiego, to, niestety, ma on fatalną opinię.
— Ach, panie Józefie, na kimże można dziś polegać? Najprzyzwoitsi ludzie zawodzą.
Józef, oczywiście, połapał się w tej aluzji, lecz udał, że nie rozumie, o co chodzi.
— Zrobiłby pan bardzo ładnie, panie Józefie, gdyby pan teraz przyszedł.
— Doprawdy niezmiernie mi przykro, ale jakoś... mam moc pracy — wymawiał się.
— Oj, proszę powiedzieć, czy to czasami nie ten teatr? — zapytała.