— Och nie, ja rozumiem i wcale pana nie zatrzymuję. Jednak nie wątpię, że przecież się pogodzicie. Zadzwonię do pana. Do widzenia, drogi panie Józefie.

Było już po dziesiątej, gdy wrócił do domu. W gruncie rzeczy był zadowolony z obrotu sprawy i pogwizdywał sobie pod nosem.

— Jak się Piotr miewa? — przywitał wesoło starego służącego.

Ten jednak zamiast wziąć od niego kapelusz i laskę, pochylił się do ucha i szepnął:

— Pani Bulkowska czeka.

— Co? — przeraził się Józef — panna Bulkowska?

— Nie, paniczu, pani, ciocia panicza.

Domaszko skrzywił się:

— Nie mógł jej Piotr poradzić, żeby jutro przyszła?

— Mówiłem, ale uparła się, że pilna sprawa i że będzie czekała choćby do północy.