Setki niepokojących myśli przebiegały mu pod czaszką, gdy wchodził do gabinetu.

W kąciku na najskromniejszym krzesełku siedziała ciotka Michalina. Stara, zniszczona, przygnębiona, z oczyma opuchłymi od płaczu.

— Co się stało, kochana ciociu? — serdecznie pocałował ją w rękę i przeprowadził do kanapy.

— Józiu mój, Józiu — ocierała oczy.

— Nieszczęście jakie?

Zapłakała, a Józefowi ścisnęło się serce.

— Chłopcze kochany, nie gniewaj się, że cię nachodzę, daruj starej ciotce, ale — Bóg mi świadkiem — musiałam.

— Ciociu, ja bynajmniej nie gniewam się, niechże ciocia mówi.

— Tylko obiecaj mi, że Natce słowa nie powiesz, bo by się zabiła ze wstydu. Ona nic nie wie, że ja tu do ciebie po ratunek dla niej przyszłam.

— Cóż jej się stało? — zaniepokoił się.