— Zgrzeszyła nieszczęsna, zgrzeszyła... Dziecko... Boże, co za hańba, co za upokorzenie... panna z dzieckiem...

Józef opadł bezsilnie na fotel. Z jego twarzy uciekła ostatnia kropla krwi, przed oczyma zamigotały iskierki.

— Co ciocia mówi? — zarzęził — Natka?

— Boże, przebacz jej.

— Ależ to można ratować! — zawołał nieswoim głosem.

— Właśnie do ciebie, mój Józiu, ośmieliłam się zakołatać o ratunek. Długo wahałam się, długo powstrzymywałam się...

— To źle! To bardzo źle — krzyknął — należało przyjść wcześniej. Im wcześniej, tym lepiej!

— Mój ty kochany chłopcze! — uśmiechnęła się doń rozpromieniona.

— Od kiedy ciocia zauważyła, że ona jest w odmiennym stanie? — pytał gorączkowo.

Ciotka Michalina szeroko otworzyła usta: