— Musiałem wam to powiedzieć — zapewniał Piotrowicz. — A szczerze powiem, bez komplementów, wówczas, gdy będziemy w męskim towarzystwie. Przyjdziecie?
— Przyjdę — sucho odpowiedział Domaszko i pomyślał: „Dzikie pretensje!”.
Właśnie kończył pracę w biurze i wybierał się do redakcji, gdy wpadł mecenas Neuman. Był niezwykle rozpromieniony i serdeczny:
— Drogi panie Józefie, cóż tam słychać dobrego? Podobno był pan wczoraj u nas, ale ja tak jestem zalatany, że sam he, he, he, we własnym domu jestem gościem. Może byśmy wstąpili na śniadanko do jakiejś knajpki? Co?
— Żałuję, panie mecenasie, ale właśnie spieszę się do redakcji.
Oczekiwał, że Neuman skorzysta z okazji i powróci do sprawy Brzęczkowskiego, lecz ten ani o nim nie napomknął. Zatem słowo „śniadanko” należało zrozumieć jako „małżeństwo Rosiczki”. Mecenas utrzymywał, że nie zajmie im śniadanko więcej niż pół godzinki. Wobec czego Domaszko nie chcąc — zwłaszcza po wczorajszym — zupełnie zrazić swego adwokata, zgodził się.
Wstąpili do modnej winiarni i tu, jako wytrawny prawnik, mecenas rozpoczął ostrożny flankowy atak na wymykającego się kandydata do ręki córki.
Jeden kierunek natarcia zmierzał ku zaszachowaniu godności i solidności atakowanego, drugi do rozbrojenia go przez ukazanie wielkiego uczucia Rosiczki i jej rozpaczy, trzeci zamykał odwrót barierą szlachetności i perspektywą naprawy na pozór zerwanych mostów porozumienia.
Rolę posiłków w sprawnej ofensywie mecenasa znakomicie odegrały baterie butelek, z których każda odznaczała się indywidualnymi zaletami, że z każdej należało spróbować bodaj po kieliszeczku.
Po takim artyleryjskim przygotowaniu, fortyfikacje Domaszki wywiesiły białą chorągiew.