— Jak nie mieli złapać, kiedy ten dureń Feinagel ma zawsze takiego pietra, że dość spojrzeć na jego gębę, żeby wiedzieć, że jest nieczysta sprawa.
Okazało się, że przepadł niezbyt duży, na szczęście, transport, lecz — co gorsza — została zdemaskowana najwygodniejsza trasa przewozu i Weisblat musiał tracić czas na łatanie dziur.
Józef doszedł do przekonania, że przyszła nań jakaś zła passa, jakiś pech.
— Trzeba przez jakiś czas być podwójnie ostrożnym, niczego nowego nie przedsiębrać i co się tylko da, odkładać na później.
Przeglądał właśnie gazety, gdy w „Gońcu Stołecznym” spostrzegł wyciętą nożyczkami dziurę. Była to jakaś wzmianka czy ogłoszenie. Mniejsza o nie, ale to niedopuszczalne, by pracownicy pozwalali sobie na taką nonszalancję w stosunku do pism szefa. Zadzwonił i surowo zapytał woźnego:
— Co tu Antoni mi kładzie za wycinki?
— To nie ja, panie prezesie, tylko właśnie...
— Co właśnie?! Kto to zrobił?
— Ano, to panna Zajączkowska.
— Niech Antoni poprosi tu pannę Zajączkowską.