Ostatecznie cóż zaszkodzi pójść? Nie dlatego, by miał wierzyć w te bzdury, ale ot, po prostu dla rozrywki, dla zabicia czasu.

Pojechał tramwajem. Od przystanku trzeba było iść pieszo dobre dziesięć minut i dlatego zdecydował się nie zawracać. Jeżeli nawet u tej wróżki spotka kogoś, na pewno nie będzie to nikt znajomy.

„Skądże by!” — uśmiechnął się do siebie.

Na trzecim piętrze zapukał do drzwi, przez które dolatywał wesoły śmiech i krzyki dzieci. Otworzyła mu wysoka, przystojna kobieta o wydatnym biuście.

— Czy tu mieszka wróżka Ravanaka?

— Owszem. Proszę pana.

Wprowadziła go do schludnego ubogiego pokoiku, zastawionego bambusowymi mebelkami przypominającymi poczekalnię prowincjonalnego fotografa.

Usłyszał po chwili jej dźwięczny głos:

— Mamo, to do ciebie!...

Człapanie pantofli, stukanie laski i do pokoju weszła wysoka, zgarbiona staruszka o małych czarnych oczach.