Ruchem wielkiej damy wskazała mu krzesło i powiedziała:

— Nie jestem wróżką, nie uprawiam szarlatanerii, nie daję zbawiennych rad.

Spojrzał na nią zdumiony.

Usiadła naprzeciw i mówiła głosem monotonnym i cichym:

— Wyjaśniłam to, widząc, że mam do czynienia z człowiekiem inteligentnym. Otóż jestem obdarzona pewnymi zdolnościami telepatycznymi i niejaką dozą tego, co potocznie nazywane jest jasnowidztwem. Za wizytę biorę dwadzieścia złotych. Proszę mi dać rękę.

Józef wyciągnął rękę, którą ujęła końcami palców.

— Co pan chce wiedzieć?

Chrząknął niezdecydowanie.

— Dobrze, więc powiem panu: na imię panu Józef, ma pan około trzydziestki, jest pan kawalerem. Posiada pan dość znaczny majątek, odziedziczony po krewnym, wuju czy stryju, który miał dużą brodę...

— Po stryju — potwierdził oszołomiony Domaszko.