— Jest pan kupcem, prowadzi pan dobre interesy... Dobre, ale... nie zawsze... czyste...

— Co to znaczy? — zapytał Józef ze strachem.

— Chce pan, bym mu powiedziała?

— Proszę bardzo! — nadrabiał miną.

— Powiedział pan proszę bardzo, a pomyślał: kokaina. Czy tak?

Zerwał się na równe nogi. Blady był i z niepokojem rozejrzał się dokoła.

— Niech pan będzie spokojny — uśmiechnęła się — nikt nas nie podsłuchuje. Ja też jestem równie dyskretna jak ksiądz w konfesjonale.

— Pani jest fenomenalnie...

— Nie zawsze — przerwała mu — ale pańska psychika jest nieodporna.

— Ja rzeczywiście pomyślałem, proszę pani, o kokainie, ale niech mi pani wierzy, że...