— Panno Lusiu... Panno Lusiu... Pani nawet nie wie, jak ja strasznie panią kocham! — wyrzucił z siebie.

Przeraził się swoich słów, gdy ujrzał ich skutek.

Lusia zbladła, śmiech urwał się jak ucięty nożem, oczy otworzyły się szeroko i w ich kącikach ukazały się łzy. Jej rączki jakby zwiędły nagle w jego rękach, usta drżały.

— Co, co pan powiedział? — zapytała nieswoim głosem.

Cóż mógł zrobić? Musiał przecież powtórzyć! Ach, jak się ośmielił, jak znalazł w sobie tyle śmiałości, by ośmielić się na taką śmiałość...

— Mówiłem, że kocham panią — jęknął — bo cóż na to poradzę? Kocham panią do szaleństwa...

Niespodziewanym ruchem wyrwała mu ręce i opadła na poduszki. Po policzkach ściekały łzy.

— Boże drogi! Panno Lusiu! Panno Lusiu!...

Lecz ona odwróciła się doń plecami i ukrywszy twarz w poduszce, zaczęła płakać na dobre.

Józef zerwał się po ratunek do pani Szczerkowskiej i z rozpędu omal jej nie przewrócił w drzwiach jadalni.