— Panna Lusia... — zawołał.

— Co się stało?

— Panna Lusia płacze. Może pani... Ja doprawdy...

— Jak to płacze? Dlaczego? — spokojnie pytała pani Szczerkowska, nie zdając sobie sprawy z ważności faktu, że ona tam płacze.

— Ach, niech pani ją czym prędzej ratuje... To ja jestem winien, ja... — załamał ręce.

— Spodziewam się, że pan jej nie zbił? Niechże się pan uspokoi. Co zaszło?

— No, widzi pani, ja powiedziałem. To rzeczywiście... Ale ja nie przypuszczałem... To jest właściwie przypuszczałem... Ja odważyłem się... Boże drogi, powiedziałem, że... kocham pannę Lusię...

— Straszne! — pani Szczerkowska udała zgrozę.

— Właśnie... Ja, proszę pani, nie myślałem, że tym ją dotknę... czy obrażę. I panna Lusia teraz płacze. Mój Boże, co mam robić!?

Pani Szczerkowska wybuchnęła serdecznym śmiechem.