— Na pana miejscu wstąpiłabym do klasztoru. Niechże pan zaraz wraca do niej, może usłyszy pan radę, która panu bardziej przypadnie do gustu.

— Kiedy ja doprawdy nie wiem... — bronił się i wyglądał z tym tak pociesznie, że pani Szczerkowska powiedziała doń tonem takim, jak się mówi do dziecka.

— Niech pan idzie, to się pan dowie.

Prawie przemocą wepchnęła go do pokoju Lusi.

Dziewczyna siedziała na łóżku i uśmiechała się promieniście.

Wszystko to było wysoce dziwne i skomplikowane, tym bardziej, że znalazł się z nią oko w oko, bez możności odwrotu, gdyż drzwi zamknęły się z trzaskiem klamki.

Na dobitkę nic nie mówiła i tylko wciąż się uśmiechała zapłakanymi oczyma.

„Najpierw obraziła się na mnie, a teraz kpi z siostrzeńca ekonoma, który odważył się prosić ją o rękę” — kalkulował Józef.

Nieśmiało zbliżył się do łóżka i odezwał się zgnębiony:

— Ja bardzo panią przepraszam... Pani tak płakała.