— Mnie jeszcze nikt nigdy tego nie powiedział...
— Czego, panno Lusiu?...
— Że mnie... no tego, co pan.
— Czyż pani mogła się nie domyślać? — zapytał patetycznie z nutką tragizmu.
— Owszem, to jest myślałam, że pan mnie trochę lubi. A wujenka twierdziła, że pan też mnie kocha.
— Jak to też? — zadrżał Józef — czy jeszcze ktoś panią kocha? — zbladł i poczerwieniał.
— Nie!... Że ja... pana.
Jak samotny dąb w szczerym polu pod naporem wichru chwieje się chwilę aż runie na ziemię, tak Józef Domaszko runął na kolana, może tylko z nieco mniejszym hałasem.
Że też wcześniej, wówczas, gdy jej wyznawał swą miłość nie zdobył się na pomysł klęknięcia.
— Panno Lusiu! Panno Lusiu!? — łapał powietrze — a czy to prawda?! Czy to prawda?!...