— No, nieścisłość. Nie jest pan pokątnym właścicielem, tylko wspólnikiem. Niech pan Bogu dziękuje, że nie wyszperali, iż pańskimi wspólnikami są Mech i Weisblat. Pan wie, że ten Mech to znany ptaszek?

Józefowi przebiegło przez głowę, że jednak posiadanie w redakcji takiego wszechwiedzącego współpracownika ma też i swoje całkiem ujemne strony.

— Nic nie wiem — skłamał.

— Jak to? Nie słyszał pan, że to ten właśnie Mech był zamieszany...

— Panie Żur — przerwał mu Józef — mnie z nim nic nie łączy oprócz interesów. I proszę mi wierzyć, że czy on był w co zamieszany, czy nie, nic mnie to nie obchodzi.

Wstał, zapiął marynarkę i dodał poirytowanym tonem:

— Ja nie mam manii interesowania się cudzymi sprawami.

— Myślałem, że on pana wprowadził w błąd...

— No tak, poniekąd tak — zreflektował się Józef — przedstawiono mi go jako ze wszech miar porządnego człowieka. Poza tym osobiście nic takiego nie zauważyłem... Zresztą, będę panu wdzięczny za informacje, tylko teraz się spieszę... Do widzenia panu.

Zbiegając ze schodów, przysięgał sobie, że teraz będzie unikał Żura jak zarazy, i że w ogóle musi rozstać się z całym tym parszywym tygodnikiem.