— Diabli nadali!

Miał jeszcze co najmniej dwadzieścia minut, lecz szedł prędko, by zagłuszyć swój nastrój.

Wstąpił do kwiaciarni, wybrał cztery wspaniałe czerwone róże, zapłacił i starał się zmusić do myślenia o Lusi, lecz wciąż gnębiła go kwestia tygodnika.

— Gotowi mi firmę zarżnąć i mnie z torbami puścić. O, tego już za wiele.

Ponieważ do pierwszej brakowało jeszcze pięciu minut, przestał je na schodach.

Lokaj przyjął go rozjaśnionym obliczem:

— Moje uszanowanie panu. Panienka czuje się dziś lepiej. Bogu dzięki.

— Może wstała?

— Owszem, ale jest w szlafroku.

— To proszę spytać panią Szczerkowską, czy panienka mnie przyjmie.