— Proszę pana, może pan zaczekać w salonie, ale pani nie ma w domu, więc spytam panienkę.

Nie czekał długo. Po kilku minutach weszła Lusia, zaróżowiona, promienna, wyglądająca przepięknie w seledynowym jedwabnym szlafroczku.

Wyciągnęła doń obie ręce (najśliczniejsze ręce na świecie).

Ucałował je z rozczuleniem:

— Jakże się cieszę, że pani lepiej, panno Lusiu.

— Już prawie zupełnie jestem zdrowa. A to co? To dla wujenki?

Wskazała róże leżące na stole. Zapomniał o nich.

— Nie, nie, panno Lusiu, to dla pani...

Podniósł źrenice w górę i wypalił:

— Przyniosłem je pani, by nauczyły się od niej, jak być pięknymi i jak należy cudnie pachnieć.