Józef nie cierpiał ananasów, lecz teraz był zachwycony, szczególnie tym, że jej mała rączka zręcznym manewrem ominęła jego rękę i załadowała mu brązowy smakołyk wprost na miejsce przeznaczenia, przy czym dotknęła aksamitnymi poduszeczkami palców jego warg.

— Więc cóż w redakcji?

— Ach nie. Nie mówmy o tym — westchnął.

— Miał pan jakąś przykrość? — zaniepokoiła się.

— Drobiazg — machnął ręką — zawsze są jakieś przykrości, gdy się ma do czynienia z ludźmi niezrównoważonymi. Ale dajmy temu spokój. Przy pani należy mówić tylko o rzeczach pięknych i miłych. Tak, tak... Wie pani, że dziś jestem zaproszony na herbatkę do pani Krotyszowej.

— I pójdzie pan? — zapytała z nutką zawodu w głosie.

— Jeżeli tylko pani, panno Lusiu, nie życzy tego sobie, to, oczywiście, nie pójdę.

— Ależ bynajmniej, co znowu — zaprzeczyła żywo.

— Jednak...

— Nie, nie. To nawet bardzo dobrze, że pan tam pójdzie. Pozna pan wiele interesujących osób.