— Nie, nic nie trzeba. Niech pan tam nie idzie!
Usiadł przy niej i wziął jej rękę. Wciąż była blada i oddychała szybko.
— Biedna, biedna wujenka — wykrztusiła wreszcie.
Nie uważał się za uprawnionego do dalszych pytań, a nie wiedząc o co chodzi, milczał, lecz Lusia sama zaczęła mówić.
— Z wujem znowu tak. To coś przerażającego. Już rok było dobrze, prawie rok...
— Jakaś choroba?...
— Nie, nie choroba... chociaż, czy ja wiem, to właściwie choroba.
Z jej oczu ciekły łzy, a że nie miała przy sobie chusteczki, Józef pospiesznie zaproponował swoją, lecz Lusia odsunęła jego rękę:
— Nie chcę, to zła wróżba.
— Dlaczego zła wróżba? — zdziwił się.