— Niestety... hm, no jeżeli pan tego żąda.
— Czy to jest niemożliwe?
— Ach — zaśmiał się Swojski — nie znam niemożliwości. Chodzi mi tylko o fakt, że pozwoliłem mu używać tego tytułu, a nawet wydałem odpowiednią legitymację.
— Miał pan w tym jakiś cel?
— Naturalnie. Akwizytora ogłoszeniowego wyrzuca się na ogół za drzwi, gdy zaś zjawi się „redaktor”... Rozumie pan?
— No, świetnie! Jeszcze raz bardzo panu dziękuję i... może poszlibyśmy gdzieś razem na kolację?
— O, z całą przyjemnością.
— Zatem spotkamy się wieczorem. Tylko gdzie i o której?
Swojski zaproponował jedną z luksusowych restauracji i z tym się rozstali.
Józef był zachwycony. Przeczytał od deski do deski numer „Tygodnika”. Wszystko tu było spokojne, miłe, stateczne. Jego własny artykuł umieszczono na czele działu literatury i kultury i oczywiście bez żadnych skreśleń, dużym drukiem.