Złoty człowiek ten Swojski.

Trzeba było złożyć wizytę państwu Szczerkowskim i Józef pojechał na Wilczą.

Pana Szczerkowskiego, jak zwykle, nie było w domu, natomiast pani przyjęła go serdecznie. Musiał obszernie opowiedzieć o swoim pobycie w Jarzębowie, o przyjęciu, jakiego tam doznali, ostanie rzeczy w Terkaczach, a nade wszystko o Lusi. Ponieważ ten ostatni temat i jego najbardziej zajmował, zaspokoił więc zainteresowanie pani Szczerkowskiej, nie zapominając o najdrobniejszym szczególe.

— Aha! A co to zaszło w pańskim wydawnictwie? — zapytała pani Szczerkowska — przeczytałam wzmiankę, że pan Piotrowicz ustąpił.

— O, proszę pani — to był drobny zatarg — wyjaśnił — między zastępującym mnie panem Swojskim a Piotrowiczem, który jest krańcowo nieopanowany, jak pani wie. Otóż w wyniku tej scysji Piotrowicz usunął się.

— No i pan, zdaje się, nie martwi się tym zbytnio?

— Wcale nie, proszę pani. Swojski to bardzo zdatny i miły człowiek. Czy pani go zna?

— Owszem, trochę. Robi wrażenie układnego.

Przed kolacją Józef pożegnał się i pojechał do lokalu, w którym umówił się ze Swojskim.

— Pan już tutaj? — zobaczył go z daleka.