Od owej nocy w gabinecie wciąż dręczyło go sumienie, teraz zaś, mając przed sobą pachnący list Lusi, a w sobie grzech śmiertelny zdrady, wielką zniewagę wyrządzoną tej anielskiej istocie — gotów był włosy wyrywać sobie z głowy.

Jedynie wzgląd na poprawność uczesania powstrzymał go przed tym aktem rozpaczy i pokuty.

Należało przyjąć ciotkę Bulkowską i tego człowieka, który prawdopodobnie jest ojcem nieślubnego dziecka Natki.

Zrobił srogą minę i nacisnął guzik dzwonka.

— Proszę — powiedział szorstko, gdy drzwi się otworzyły.

— Dokuczam ci, Józeczku, przeszkadzam — lękliwie zaszeptała ciotka Michalina.

Wstał i pocałował ją w rękę:

— Nie szkodzi, ciociu, proszę siadać. A pan?...

— Właśnie — zatrzepotała pani Bulkowska — to jest narzeczony Natki, Wojtek.

Przybyły skłonił się.