Mech przysiadł na biurku, czego Józef nie znosił, i powiedział:

— Ostatnimi czasy coraz więcej słyszało się o zamiarze podwyższenia ceł. I przeszłoby to, murowane. Bilans handlowy leci na łeb na szyję. Otóż teraz rząd, licząc na tak zwaną akcję społeczną, na tę całą Ligę, będzie siedział co najmniej przez pół roku cicho i ceł nie podwyższy.

— Dlaczego?

— Po pierwsze, każda podwyżka ceł to nieprzyjemne zabawki z importującymi państwami. Każdy rząd woli ich uniknąć. Akcja społeczna to inna rzecz, za tę nie jest rząd odpowiedzialny. A zanim przekona się, że cała akcja jest fikcją, dużo wody upłynie.

— Jeżeli będzie w ogóle fikcją!

— Musi być. Oczywiście, spadnie wwóz produktów pierwszej potrzeby, ale he... he... he... towar luksusowy pójdzie jeszcze lepiej.

Józef nie lubił Mecha, ale nie mógł mu odmówić rozsądnych poglądów na sprawy handlowe. Irytował go wprawdzie cynizm, z jakim ta kanalia nie starała się maskować swojej brudnej duszy, ale taki człowiek w „Polimporcie” niewątpliwie był osobą pożyteczną.

W redakcji panował nastrój pogodny. Swojski swym czarującym sposobem bycia nadawał całemu zespołowi, a zdawało się i lokalowi, ton uprzejmej, nikomu niewłażącej w paradę beztroski.

Nawet doktor Żur, niewyczerpana skarbnica wiadomości, zmienił się o tyle, że teraz o każdym mógł coś miłego i pochlebnego powiedzieć.

W administracji królował fenomenalny Fahrtouscheck.