Z wrodzoną sobie swobodą obejścia przyjął Józefa omal po przyjacielsku i zaczął mu bez żenady mówić per „panie Józiu”. Ponieważ jednak z równą swobodą wyrażał się o najwybitniejszych osobistościach, Józefowi nie pozostawało nic innego, jak tolerować tę poufałość.

— Pan, panie Józiu, ja i Swojski dopiero pokażemy ę trua74, co się da zrobić z takiej ejfemeryty75, jaką był dotychczas „Tygodnik”. Awanti76! Audacem fortuna juwat77. Nach Kanosa rycht wir giejen78! Jesteśmy jak te trzy muszkiety Dziumasa79. Razem, młodzi druhowie! — jak mówi poeta. Dziskordem, panie dzilabuntur80... he... he... he...

— Jakże tam z ogłoszeniem firmy „Würtz i Majorkowski”? — łagodnie przerwał redaktor Swojski.

Fartuszek nadął owal swojej figury, wysunął naprzód brzuch, podniósł brwi i triumfalnym głosem zawołał:

Giemacht81! Sze mua e kom sa82. Kut kie kut83, robię co trzeba. Würtz kręcił nosem, że tak powiem mit dzi naze84, ale Majorkowski powiada tak san por ni san reprosz85: — musowo! Ilnijapa do razgawor86. Jeszcze mnie musieli na winko zaprosić; a ja dlaczego nie, buzines ist buzines87, aj ju plas88, podali szablisa89 takiego, że silwu ple aseje wu90! Proszę ricen ri!...

Jedyną kardynalną wadą tego czcigodnego pana było to, że trzeba było niezmiernie dużo trudu włożyć w pozbycie się go bodaj na pół godziny. Wciąż właził do gabinetu i gadał.

Byli właśnie we trójkę, gdy woźny zameldował panią Krotyszową. Wobec tego Swojski zdobył się na stanowczy ton i wyprosił Fartuszka, który wyszedł z przymrużonym okiem, mówiąc:

Że komprę91, kobieta, la donna92!...

Wysoka, smukła postać pani Krotyszowej wsunęła się do pokoju wraz z powiewem subtelnych perfum.

Zielony kapelusz z zielonym strusim piórem nadawał jej bladej cerze, krwawym ustom i oczom koloru rtęci jeszcze bardziej fascynujący wyraz. Rękę w długiej, zielonej rękawiczce podała Józefowi, Swojskiemu skinęła głową, a właściwie powiekami.