— Pana Domaszkę i ciebie, oczywiście, zobaczę dziś wieczorem u mnie. Ósma piętnaście. Do widzenia.

Swojski przeczekał chwilę i zrobił do Józefa „oko”:

— Najlepszy sposób!

— A jeżeli to nie epilepsja?

— Ach, mniejsza o to. Basia... Pani Barbara już jutro o tym zapomni.

— W każdym razie, na wypadek zdemaskowania tej intrygi — zaznaczył Józef — będzie pan musiał winę wziąć na siebie.

Swojski ze śmiechem przyrzekł, zapewniając, że pani Krotyszowa i tak do niczego wagi nie przywiązuje.

Gdy Józef zabierał się do odejścia, Swojski prosił go jeszcze, by nie spóźnił się na Stare Miasto i by usprawiedliwił spóźnienie Swojskiego jakąkolwiek konferencją.

Resztę dnia Józef spędził bezczynnie, jeżeli nie liczyć listu do Lusi. List ten przerabiał czterokrotnie, a przepisywał sześć razy, póki nie wydał się mu tak pięknym, jak na to zasługiwała osoba adresatki.

— Co jak co, ale styl mam bez zarzutu — stwierdził z uznaniem, zaklejając kopertę. — A styl to człowiek...