Swojski roześmiał się:
— Dobrze, aniele.
Widocznie wiedział, że ten epitet wprawi ją w dobry humor. Istotnie zaśmiała się długim, cichym śmiechem:
— Przepadam za tymi naiwnymi pieszczotliwościami. Niech pan sobie wyobrazi, że Buba nazwał mnie raz kwiatuszkiem... śmiałam się do łez.
— Oklepane określenia mają też swoją rację bytu — zakonkludował Swojski.
— Nieraz zastanawiałam się — mówiła pani Krotyszowa — jak smutny los czeka przyszłe pokolenia. Ludzie inteligentni będą musieli przestać w ogóle rozmawiać.
— Czy dlatego, że wszystkie słowa wyświechtują się?
— Słowa i zwroty. Już dziś śmieszą nas niektóre wyrazy, które do niedawna miały swoją wzniosłą i piękną treść.
— Zdewaluowały się — zauważył Józef — zmieniło się życie i wraz z przeszłością minął ich sens.
— Więcej niż sens, minęła ich potrzeba. Dziś, gdy czytamy czyjś patetyczny list lub książkę napisaną stylem tak zwanym literackim, ogarnia nas politowanie. Toteż ubiegamy się o prostotę w wypowiadaniu swoich myśli. Nieraz sama siebie przyłapuję na jakimś komicznym zdaniu, którego pretensjonalność spostrzegam. W każdym razie język nasz ubożeje nieprawdopodobnie szybko. Obawiam się, że za lat sto nawet i kochankowie będą się porozumiewali wyłącznie monosylabami.