— Chyba ta dziedzina słownictwa nie ulegnie zmianie — z przekonaniem powiedział Józef.

Pani Barbara potrząsnęła głową:

— Myli się pan. Czy może pan wyobrazić siebie na przykład mówiącego do kobiety, do której czuje pan najżywszy pociąg: ukochana!

— Hm. To zależy od... nastroju, sądzę.

— Raczej od poczucia komizmu. Albo, czyż nie wyda się panu śmiesznym wiersz, którym rozczulano się tak niedawno, który wpisywano naszym matkom do albumów: „i dziwię się tylko, że kwiaty pod twymi stopami nie rosną”?...

— Mnie się zdaje — wtrącił Swojski — że wszystko zależy od prawdy, jaką wkładamy w słowa.

— Dobrze, Buba, ale trzeba, by osoba, do której słowa są skierowane, najpierw odkryła ich prawdę, a potem usłyszała brzmienie.

— Są takie osoby — skromnie zauważył Józef.

— Oczywiście, skoro widzą najpierw treść.

— Nie, skoro są obojętne na formę — sprostowała pani Barbara — niewybredność jest dużym udogodnieniem życia.