Józef przygryzł wargi. Chociaż postanowił od dawna nic nie mówić w tej sprawie, jednak nie wytrzymał.

— A nie wstydziłaś się temu Wojtkowi powiedzieć żeś... tam... żeś żyła ze mną — wybuchnął.

— On wymagał — spuściła oczy.

— Aha! — skrzywił się ironicznie.

— Miał prawo jako narzeczony...

Zorientował się, że cała ta rozmowa jest więcej niż niepotrzebna. By uspokoić się, chodził chwilę po pokoju miarowymi krokami.

— No cóż — zapytał po pauzie — przywieźliście waszego syna?

— Jeszcze nie, Józieczku. Już tak sobie ułożyliśmy, że niech do końca lata wsi używa. Boże drogi, ja nawet nie wiem, jak mam ci dziękować za twoją, Józieczku, łaskę i dobroć dla nas.

— No, nie trzeba przesadzać — chrząknął — ale obiecałem i co obiecałem, tego dotrzymałem. Nie zapomnę chłopca zapisać do jakiegoś przyzwoitego gimnazjum. Wszystkie koszty pokryję. Jakże mu na imię, bo zapomniałem?

— Cezary.