Józef zaczął ją przepraszać i tłumaczyć się, że bynajmniej nie ironizował. Gdy zapytał nieśmiało, czy ślub nie ulegnie odłożeniu, Lusia powiedziała:

— Miałam taki zamiar, ale wujenka zażądała stanowczo, by ślub dziś się odbył. Nie chciała słyszeć o przełożeniu terminu...

— Jakże to mądra i zacna kobieta! — wybuchnął z entuzjazmem Józef.

— O, ja ją uwielbiam. Ledwo mówi, biedactwo, a już myśli o wszystkich, tylko nie o sobie.

— Złote serce — potwierdził Józef — wyrzeka się towarzystwa swojej ukochanej siostrzenicy.

— O, ale ja ani myślę wyjeżdżać — przerwała Lusia — czy pan przypuszcza, że mogłabym w takiej chwili opuścić wujenkę?

— Bilety już kupione — jęknął Józef.

— I cóż z tego? — zapytała chłodno.

— No nic, oczywiście zmarnują się, ale skoro...

— Przepraszam, wołają mnie do wujenki. Niech pan przyjdzie zaraz.