Położyła słuchawkę.

Józef był struty. Nagle przypomniały mu się słowa pani Krotyszowej:

— Lusia to panna z zasadami.

— Psiakrew! — zaklął.

W takim nastroju i w takich okolicznościach odbył się ślub pana Józefa Domaszki z panną Lusią Hejbowską.

Noc poślubną, tę wymarzoną noc poślubną, spędził pan młody przy biurku, popijając czarną kawę i likier, z goryczą myśląc o żonie z zasadami, czuwającej w tę noc przy łóżku jakiejś wujenki.

— Dla zwykłego kaprysu! Mogła to z zupełnym powodzeniem zrobić pierwsza lepsza pielęgniarka!

Pił coraz więcej i coraz siarczyściej klął tego pijaka Szczerkowskiego.

— Bydlę! Przez tego alkoholika! Wszystko przez niego! Ładny prognostyk na przyszłość! Psiakrew... Piękne małżeństwo.

Józef wiedział, że właściwie sam był temu winien. Gdyby umiał rzecz postawić twardo, gdyby umiał powiedzieć: