— Ależ to bardzo szlachetnie z jej strony — zaprzeczył — proszę, niech mi wujenka wierzy, że sam jestem Lusi wdzięczny za to, iż czuwa przy pani, której oboje tyle serca zawdzięczamy.

— Nie, drogi panie Józefie. To nie ma żadnego sensu. Zresztą mój mąż już czuje się dobrze i on będzie przy mnie. Niech pan dziś zabiera koniecznie swoją żonę.

— Po cóż ten pośpiech, wujenko?...

Zatrzymała go ruchem ręki:

— Powiedziałam. Mam jej dość. Niech ją pan zabiera.

Na te słowa weszła właśnie Lusia i Józef spotkał ją triumfującym wzrokiem.

Uśmiechnęła się blado.

Cały dzień spędzili na Wilczej. Pan Szczerkowski w ogóle nie pokazał się. Służący powiedział, że pan śpi, bo w nocy będzie siedział przy pani.

Jeszcze przed kolacją kufry Lusi zostały załadowane na platformę i odwiezione do mieszkania małżeńskiego.

Około dziesiątej, pożegnawszy się z panią Szczerkowską, wyszli na ulicę.