— Albo i nie — uśmiechał się doktor.
— Albo i nie — zgadzał się pułkownik.
W pierwszych dniach marca wrócił z Piotrogrodu Radosławski. Przywiózł dla Józefa pieniądze i list od stryja, przywiózł i wiadomości nad wyraz niepokojące.
Żywioły nihilistyczne i antypaństwowe, korzystając z tego, że cała bohaterska armia zajęta jest obroną państwa, przystąpiły do urządzania rozruchów i buntów niby głodowych, chociaż jako żywo nikt nie słyszał jeszcze, żeby chociaż jeden człowiek z głodu umarł.
— Wszystko to niemiecka robota — zaopiniował pułkownik Rubowicz.
— Posłać na nich kulomioty i wyciąć buntowników co do nogi! — irytował się Pastuszkiewicz. — W takiej chwili! Kiedy my tu gnijemy na froncie, kiedy ryzykujemy życie, a choćby tylko zdrowie, oni tam bunty urządzają!
Domaszko również był oburzony i chociaż nie bardzo rozumiał, dlaczego Pastuszkiewicz, który utył w ostatnich czasach, mówi o gniciu na froncie, przecież zgadzał się z nim zupełnie, a nawet dodał:
— Wszystko to do czasu! Cesarz ma dobre serce i dlatego przez palce na takie rzeczy patrzy, ale wreszcie i jemu cierpliwości zbraknie.
— Śmierć wewnętrznym wrogom! — ryknął pułkownik.
— Śmierć! Pod ściankę! — powtórzyli wszyscy, podnosząc kieliszki z ambulatoryjnym spirytusem, wybornie zaprawionym piołunem przez doktora Morgenbluma.