Wzruszyłam ramionami.
— Znam tę panią od bardzo niedawna. Nie wydaje mi się jednak rzeczą prawdopodobną, by mogła występować jako tancerka w kabaretach. Niewątpliwie jest osobą bogatą, nie wygląda zaś na to, by zrobiła taką rzecz dla kaprysu. Sprawia wrażenie kobiety zrównoważonej i przyzwoitej. Ale zaciekawił mnie pan. Czy nie może pan przypomnieć sobie, jak się tamta nazywała?
Zmarszczył brwi i po paru chwilach powiedział:
— O ile się nie mylę, nazywała się Sally Ney... Tak. Sally Ney. Jeden z moich kolegów interesował się nią bliżej. Stąd zapamiętałem to nazwisko... Ależ naturalnie. Teraz wiem doskonale. Było to przed czterema laty w Buenos Aires. Mój kolega poświęcał jej wiele uwagi. Oczywiście mówię o tancerce, nie o tej damie, która jest do niej podobna. Tamta na pewno była brunetką. Raczej typ południowy.
— I jakże się to skończyło?
— Niestety, szybkim rozstaniem. Bawiliśmy wówczas w Buenos Aires dla zawarcia traktatu handlowego. W stosunkowo krótkim czasie ukończyliśmy pertraktacje i musieliśmy wracać do Stanów Zjednoczonych.
— Chciałam pana o coś prosić — uśmiechnęłam się do niego przymilnie. — Czy nie mógłby mi pan dać nazwiska i adresu tego swego kolegi?
— Byłoby mi dość trudno, proszę pani, po tym, co już o nim powiedziałem.
— Przecież pan nic złego o nim nie powiedział.
— Jednak jest to człowiek żonaty... — bronił się Larsen.