Nie dokończył jednak. Gdzieś w jednym z dalszych pokojów rozległ się cichy dzwonek. Doktor szybko spojrzał na zegarek i syknął. Profesor zbladł, powiedział coś po łacinie i wziąwszy Bohdana pod rękę, odezwał się:
— No, doktor jest zajęty, nie przeszkadzajmy mu. Czy pozwolisz, że cię odprowadzę kawałek?
— Ale proszę cię, Karolu.
Pożegnali się na najbliższym postoju taksówek i Drucki pojechał ma Nowolipie.
Mieszkanie Załkinda wyglądało dziś jak kwiaciarnia: ogromne kosze chryzantem, wielkie pęki purpurowych róż, wspaniałe orchidee, istne krzaki białego bzu — i stojąca nieruchomo w środku salonu Luba, wiotka, piękna, egzotyczna, pachnąca...
Szedł ku niej i widział tylko jej wpółotwarte oczy i lekko drgające usta z czarnym meszkiem na górnej wardze...
Leniwie wyciągnęła do niego obie ręce i nic nie powiedziała.
— Luba! Jakaż pani jest cudna! — wybuchnął. — To jest nieludzkie być aż tak śliczną! Widzę, że cała Warszawa ogołociła się z kwiatów dla pani, ale nie ma tak pięknych na świecie, jakie ja pragnąłbym pani dać!
Teraz dopiero zdobyła się na uśmiech.
— Kapitanie...