Drucki był w świetnym humorze. Popijając herbatę, opowiadał im, jak idzie „Argentyna”, jak stale powiększa się frekwencja i kasa i jak jest zadowolony, że interes stał się złotym jabłkiem.
— Naprawdę moglibyście przyjść kiedy, ręczę, że zabawicie się wesoło — namawiał.
— Nie, kapitanie — potrząsnął głową Borys — ja nie lubię obnosić po lokalach swego kalectwa. Ale jeżeli pan chce zabrać Lubę, to i owszem. Niech się rozerwie.
Drucki zrobił gest oburzenia.
— To już skandal! Człowieku, znęcasz się nade mną! Jak można wymyślać tak wyrafinowane tortury. To tak, jakbyś pan pijakowi dał butelkę najlepszego koniaku i powiedział: „Wiem, że mi go nie wypijesz, ale możesz go nosić w kieszeni!”
Śmieli się wszyscy, później Luba opowiadała, jakie miała powodzenie w Rabce, a następnie w Krynicy, wreszcie Drucki wstał.
— No, czas mi do pracy! Jadę.
Nie zatrzymywali go, wiedząc, że kapitan Winkler tego nie lubi.
— Dziś nie pojadę z panem — powiedziała na pożegnanie Luba — ale innym razem nie uda się kapitanowi mnie tak łatwo pozbyć.
— To trudno! Już jakoś przecierpię.