— Zatem będziesz miał jeszcze jedną niespodziankę. Słucham, dyrektorze.
Umyślnie tak zbliżyła ucho do ust Druckiego, że omal ich nie dotknęła. Zapach jej włosów i skóry napełnił jego nozdrza.
— Niech pani ma trochę litości dla doktora — szepnął przerywanym głosem.
— Nie wart jej — powiedziała głośno, nie odrywając ucha. — Więc?
— Będzie zabawa w kozy neapolitańskie — szepnął.
— Dziękuję — skinęła głową — to może być ciekawe.
Drucki przeprosił towarzystwo i zbiegł na salę.
Po kilku popisach i kilku ogólnych tańcach zjawił się w środku ringu witany oklaskami i zaczął objaśniać: pod Neapolem jest multum144 kóz i owiec. Całe stada. O zachodzie stada wracają do zagród i drogi polne wyglądają wówczas jak spienione potoki białej wełny, nad którymi unosi się nieustająca wielotonowa symfonia.
— Proszę państwa! Nazwałbym tę symfonię beee-mol, gdyby nie było w niej i meeee-mol! Dlatego zwracam uwagę na konieczność uwzględnienia sprawiedliwego podziału między kózki i owieczki! Nie namawiam was, drodzy państwo, byście beczeli z przekonania. I tak wiem, że to zrobicie. Wystarczy, jeżeli pamiętać będziecie o strzyżeniu, jakie was nie ominie pod postacią rachunku!
Hałas śmiechu i oklasków napełnił salę. Jakiś tęgi niski jegomość z sumiastymi wąsami zerwał się od stolika i ryknął: