Drucki z wolna zaczął się obracać w kółko. Raz, drugi, trzeci, coraz prędzej. Nogi grubasa opisywały teraz szerokie koło, orkiestra przeszła w furię rytmu, bęben zaterkotał.
— Brawo! Brawo! — krzyczano.
Mężczyźni zbliżyli się do ringu. Z lóż sypały się oklaski.
Wreszcie Drucki stanął jak wryty, niespodziewanym chwytem pod ramiona podniósł grubasa na całą długość rąk i postawił na ziemi.
Nieopisany hałas napełnił salę. Grubas, nieco skonsternowany, ściskał rękę Druckiego i chwiejąc się na nogach, nalewał mu wina. Wszyscy wstali z miejsc; niektórzy, stojąc na fotelach, wymachiwali rękoma. Jakiś pan wgramolił się na brzeg basenu fontanny, zachwiał się, rozpaczliwym ruchem usiłował uratować równowagę, chwytając się za strugę wody, i chlupnął do basenu, rzęsiście opryskując sąsiednie stoliki. przy których na szczęście w tej chwili nikogo nie było.
— Topielec! Ratować tonącego! — rozległy się wesołe krzyki.
— Rzucić mu pas ratunkowy!
— S. O. S.!
— Ratunku! Ratunku! — wydzierał się topielec, siedząc wygodnie w wodzie i ani myśląc wychodzić.
— Panie! Tu nie wolno się kąpać! Wyłaź pan na plażę!