Luba chwyciła go za szyję i raz po raz zaczęła całować.

Druckiemu zacisnęły się szczęki, nieco zbladł i odsunął ją od siebie.

— Ej, Jack — powiedział cicho — niechże pana wszyscy diabli wezmą.

Załkind zaśmiał się:

— Cooo?!...

W głosie jego zabrzmiała duma, że ma oto kobietę taką, jakiej drugiej nie znajdziesz na świecie.

Luba była w bajecznym usposobieniu. Obecność tych dwóch mężczyzn, i jakich mężczyzn, którzy obaj jej pożądali i których obu pożądała ona, napełniała jej serce tak dziwnym i tak mocnym uczuciem. Czuła swoją kobiecość każdym nerwem, promieniowała nią i wiedziała, że jest piękna jak nigdy.

Przy obiedzie pili dużo wina. Bawili się świetnie. Tylko Tonia siedziała cicha i zgaszona. Przytłaczał ją urok Luby, którą teraz prawie nienawidziła.

Po obiedzie Załkind puścił gramofon.

— Dziś wieczorem — powiedział — będzie orkiestra.