— Nam wystarczy gramofon! — zawołała Luba i pociągnęła Druckiego na środek pokoju.
Tańczył z nią, później z Tonią i znowu z Lubą.
— Kapitanie — mówiła mu Luba do ucha — może to jest bardzo bezwstydne, co powiem, ale muszę. Czy wie pan, kiedy czułabym się zupełnie szczęśliwa?
— No?
— Kiedy mogłabym mieć was obu. Borysa i pana. Obu.
Ocierała się oń całym ciałem i Druckiemu kręciło się w głowie.
— Luba, dość... To już nad moje siły...
Tonia wyszła razem z Druckim.
— Czy może mnie pan odwieźć do domu? — zapytała.
— Ależ z przyjemnością.